Fallet (2017)

Kraj: Szwecja
Twórcy: Erik Hultkvist, Rikard Ulvshammar
Gatunek: Komedia, kryminał

"Wszyscy są winni, dopóki nie udowodni im się niewinności."


Do tej pory na blogu, nie licząc pierwszej recenzji, czyli filmu W kosmosie nie ma uczuć pojawiały się filmy z reguły bardzo poważne. Jednakże ostatnio przeglądając ofertę Netflixa moją uwagę zwrócił serial Fallet. Patrzę - Szwecja, komedia, na portalach pomimo niewielkiej liczby opinii te, które są brzmią zachęcająco, więc zabrałem się do oglądania. Osiem odcinków i każdy z nich trwa niecałe 30 minut, więc oglądanie minęło bardzo szybko. I nie chciałbym zbytnio uprzedzać faktów, ale oprócz tego, że bardzo szybko, to i bardzo przyjemnie! Dlaczego? Już śpieszę z wyjaśnieniami.


Serial rozpoczyna się jak rasowy kryminał, bowiem w szwedzkim miasteczku dochodzi do morderstwa pewnego Brytyjczyka. Nie jest to jednak typowe zabójstwo, a raczej mord wskazujący na jakieś rytualne podłoże, bowiem na ciele ofiary m.in. zostaje wycięta nożem poważna i skomplikowana łacińska sentencja - carpe diem. Ten ślad, oraz kilka innych, niczym z amerykańskich produkcji o seryjnych mordercach, świadczą o tym, że będziemy mieli do czynienia z naprawdę poważną sprawą.
W tym samym czasie poznajemy również dwójkę głównych bohaterów, którzy ową skomplikowaną sprawę będą prowadzili. Szwedzką policjantkę - Sofię Borg, poznajemy w momencie dość specyficznego pościgu za sprawcą , który to pościg również kończy się w dość oryginalny sposób. Brytyjski inspektor - Tom Brown, za sprawą tego, iż nie potrafi poradzić sobie ze śledztwem prowadzonym w rodzinnych stronach, dostaje ostatnią szansę, a szansą to jest właśnie wspólne prowadzenie szwedzko - angielskiego dochodzenia. 
Już wszystkie te sytuacje (a właściwie sposób ich przedstawienia) utwierdzają nas w przekonaniu, że nie będziemy mieli do czynienia z kolejnym typowym serialem kryminalnym, a raczej ośmioodcinkową parodią, w której absurd goni absurd.


I tak też jest. A utwierdza nas w tym przekonaniu poznanie całej załogi szwedzkiego posterunku i osób, które będą grały główne role w rozwikłaniu zagadki - komendanta marzącego o wielkiej karierze, Billa - chłopaka, który policjantem wprawdzie nie jest, ale dostał posadę po znajomości i za wszelką cenę chce pokazać się z jak najbardziej fachowej strony i fińską specjalistkę od medycyny sądowej. Wszyscy ci, chociaż będą bardzo starali się wyprowadzić śledztwo na dobre tory, to jednak przez totalną niekompetencję i kuriozalne decyzje śledztwo będzie się wykolejało przy każdej okazji.

Oprócz bohaterów serialu, o tym, że serial jest po prostu parodią dowodzi to, że początku do końca mamy do czynienia z przedstawieniem pewnych znanych serialowych (i filmowych również) schematów w krzywym zwierciadle. Oprócz niektórych klasycznych już sytuacji wyjętych z poważniejszych seriali (jak rytualne morderstwo, policjanci główkujący nad tablicą z poprzypinanymi do niej dziesiątkami wskazówek i zdjęć, czy osobiste rozterki naszych głównych bohaterów) mamy też nawiązania do konkretnych seriali, a już szczególnie do jednego.


Pierwsze, co rzuciło mi (i pewnie nie tylko mi) w oczy jest to, że postać Sofii to jedna wielka parodia bardzo lubianej przez widzów Sagi Noren z Mostu nad Sundem. Począwszy od sposobu przedstawiania się, mówienia, wykonywania pewnych niecodziennych czynności (mycie zębów w samochodzie, zmiany koszulek na komisariacie), po takie detale jak używanie do rozmów telefonicznych zestawu słuchawkowego. Wspomniałem o samochodzie - również samochód i w tym wypadku jest specyficzny. Wprawdzie nie aż tak, jak w duńsko - szwedzkim serialu, ale nie można nie zauważyć, że to kolejny celowy zabieg twórców. 
Zresztą już sam pomysł na prowadzenie dwujęzycznego śledztwa jest oczywistym nawiązaniem do tego świetnego serialu. Jest też kilka mniejszych smaczków, jakie na pewno nie uciekną fanom Mostu nad Sundem, a jednym z takich jest np. nagranie, na którym widać sprawcę mającego na sobie maskę zwierzęcia (czyli nawiązanie do drugiego sezonu, gdzie właśnie taki motyw się pojawił).
Sonja - pochodząca z Finlandii specjalistka od medycyny sądowej, to z kolei postać bardziej nawiązująca do seriali w rodzaju CSI - czyli jedno spojrzenie i jest w stanie powiedzieć wszystko na temat nieszczęśnika, którego ktoś pozbawił życia. Z tym, że o ile w przypadku amerykańskiej produkcji wszystko zawsze się zgadza, tak tutaj... niekoniecznie. 

Ale chyba najlepszą postacią w tym serialu jest wspomniany wcześniej Bill. Każda scena z jego udziałem, każde jego przemyślenie, dialog, monolog, zachowanie - wszystko wywoływało uśmiech na mojej twarzy. Wielkie brawa za tę postać!


Nie będę opisywał kolejnych świetnych scen, czy absurdalnych dialogów, bo oczywiste jest, że nie chcę psuć radości z oglądania. Bo ja taką radość autentycznie odczuwałem. Jest to wprawdzie rodzaj humoru, który nie spodoba się każdemu, ale do mnie trafił jak Pavard do bramki na Mundialu w meczu z Argentyną (musiałem!). Jest to świetna odskocznia od wszystkich poważnych, smutnych, przerażających niejednokrotnie produkcji kryminalnych. W dodatku odskocznia, która jest zrobiona z głową, twórcy nie upychają wymuszonych żartów na siłę, a w przemyślany sposób przedstawiają nam serialowe dochodzenie z trochę innej strony. Mam nadzieję, że powstanie drugi sezon, bo zdecydowanie brakuje mi właśnie takich komedii!

Moja ocena: 8/10


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

© Agata | WioskaSzablonów | x.