W kosmosie nie ma uczuć / I rymden finns inga känslor (2010)

Kraj: Szwecja
Reżyser: Andreas Ohman
Gatunek: Komedia, dramat, romans

"Miłość wymaga czasu. Jak sos."

Skandynawskie filmy kojarzą się przede wszystkim z produkcjami surowymi, przepełnionymi gęstą, mroczną atmosferą, niejednokrotnie pozbawionymi nadziei czy wręcz depresyjnymi. Zastanawiałem się, czy pierwszy wpis nie powinien właśnie dotyczyć filmu, który idealnie oddawałby klimat produkcji z północy Europy. Ostatecznie postanowiłem zrobić coś zupełnie innego i postawiłem na obraz, który pokazuje, że w zimnym kraju można zrobić ciepły film.
Głównym bohaterem filmu jest Simon - nastolatek cierpiący na zespół Aspergera. Choroba ta charakteryzuje się zaburzeniami interakcji społecznej, problemami z odczytywaniem emocji, czy uszkodzeniem zdolności rozumienia języka (głównie w przypadku znaczeń przenośnych). Już na samym początku filmu poznajemy specyficzne zainteresowania i sposoby na spędzanie wolnego czasu chłopaka, takie jak przesiadywanie w metalowej beczce służącej za statek kosmiczny, będący jednocześnie swoistym azylem, gra na perkusji, której jednak daleko do wirtuozerii czy zamiłowanie do wszystkiego co okrągłe, harmonijne i dające się wyrazić za pomocą wzoru matematycznego.

Film rozpoczyna się w momencie, kiedy chłopak wyprowadza się z domu rodziców i postanawia zamieszkać razem ze swoim starszym bratem - Samem. Z tym, że Sam nie jest... sam. Ma bowiem dziewczynę, Fridęktóra będzie trzecią lokatorką świeżo wyremontowanego mieszkania.

  
Na początku wszystko wygląda w porządku, Simon organizuje dokładny (bardzo!) plan tygodnia dla każdego z domowników, który jasno określa co jedzą, kto gotuje, kto zmywa, kto pierze, oraz o których godzinach mają wykonywać owe czynności. Osobną kwestią jest organizacja czasu przez Simona, który każdy dzień zaplanowany ma co do minuty, a niejednokrotnie o to, żeby nie doszło do jakichkolwiek spóźnień dba Sam, który zapewnia Simonowi transport. Swoją drogą dość specyficzny.
Sielanka jednak nie trwa długo, bowiem  sfrustrowana odmiennym zachowaniem Simona Frida w końcu nie wytrzymuje i wyprowadza się zrywając z Samem. Simon nie może pogodzić się z tym, że przez odejście wybranki serca jego brata runął cały misterny plan tygodnia, dlatego obiera sobie za cel znalezienie bratu nowej dziewczyny, a sposoby, które zamierza zastosować, żeby to zrobić okażą się delikatnie mówiąc oryginalne. I chociaż Sam nie jest zainteresowany nowym związkiem, a już szczególnie z dziewczyną znalezioną przez swojego brata, to jednak Simon nie zamierza dać za wygraną i konsekwentnie poszukuje kandydatki idealnej.


   
Gdzieś przeczytałem, że ten film jest z rodzaju takich, na które trafiasz przypadkiem leżąc przed telewizorem i oglądasz z nieskrytym zainteresowaniem do samego końca. Ja akurat obejrzeć ten film planowałem i ani przez minutę nie żałowałem wyboru.
Skoro w głównej mierze ten obraz to komedia, to kwestia najważniejsza - jest zabawny. Nie przepadam za komediami, rzadko je oglądam, a wynalazki typu American Pie omijam szerokim łukiem. Tutaj humor jak najbardziej mi odpowiadał. Pomimo, że w tle mamy przecież chorobę (swoją drogą, można się przekonać, jak wygląda świat widziany oczami osoby chorej na zespół Aspergera), przy wielu scenach po prostu nie można się nie uśmiechnąć. I to też w jakimś stopniu czyni ten film innym. Druga kwestia to bohaterowie - są przesympatyczni i nie sposób ich nie polubić, a kreacja Simona jest naprawdę wyborna i kapitalnie zagrana.
Wątek miłosny nie jest przesłodzony, autorzy nie silili się niepotrzebny patos. Wszystko podane jest w stonowanej, lekkiej formie ze szczyptą dziwactwa i absurdu.

Od strony technicznej filmowi również nie można niczego zarzucić. Wręcz przeciwnie, warto wspomnieć o dość ciekawych zabiegach z oryginalnymi efektami pokazującymi m. in. zmiany nastroju u rozmówców Simona, czy zegar dokładnie odliczający czas, kiedy główny bohater musi stawić się w danym miejscu zgodnie ze swoim harmonogramem.
Ścieżka dźwiękowa, co nie powinno dziwić, pozbawiona jest rozbudowanych kompozycji, ale muzyka idealnie wkomponowuje się w obraz, nie przeszkadza i fajnie „podbija” nam to, co odbieramy zmysłem wzroku.


  
Kończąc, warto wspomnieć o jeszcze jednej rzeczy. Ten film to debiut reżyserski szwedzkiego reżysera Andreasa Öhmana (był również współtwórcą scenariusza) , który pracując nad filmem miał zaledwie 25 lat. Film w 2010 roku był nominowany do czterech Złotych Żuków, czyli najważniejszych filmowych nagród w Szwecji przyznawanych przez Szwedzki Instytut Filmowy, był również szwedzkim kandydatem do Oscara w kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny w 2011 roku.

Komu mogę polecić film? Właściwie każdemu. Kino sympatyczne, lekkie, zabawne i pozwalające naprawdę przyjemnie spędzić te 90 minut. Inne od tandetnych komedii lawinowo zasypujących nas zza oceanu. A ostatnia scena... cóż, świadczy chyba o tym, że w kosmosie jednak są uczucia.  


Moja ocena: 8/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

© Agata | WioskaSzablonów | x.